Zasadność tak wysokich wydatków budzi tym większe kontrowersje, że zbiegają się one w czasie z procedurą referendalną zmierzającą do odwołania prezydenta Aleksandra Miszalskiego. Planowane zwiększenie nakładu do 220 tysięcy egzemplarzy oraz rozbudowa sieci dystrybucji bezpośrednio do skrzynek pocztowych Krakowian są przez wielu komentatorów postrzegane jako kosztowna kampania wizerunkowa finansowana z publicznej kasy. W obliczu konieczności zaciskania pasa i szukania oszczędności w niemal każdym sektorze miejskiej gospodarki, priorytety krakowskiego magistratu wydają się być mocno oderwane od trudnej sytuacji budżetowej gminy.
Dwa przetargi i ukryte koszty kolportażu prasy miejskiej
Kluczem do zrozumienia realnej skali obciążeń dla budżetu miasta jest precyzyjne rozróżnienie dwóch odrębnych procesów logistycznych, które w oficjalnym przekazie często zlewają się w jedną całość. Pierwsze postępowanie przetargowe, które zostało już rozstrzygnięte, dotyczy wyłącznie druku oraz dostarczenia pakietów gazet do zbiorczych punktów dystrybucji, takich jak urzędy czy jednostki miejskie. Zwycięska oferta w tym zakresie opiewa na ponad 113 tysięcy złotych za jeden numer, co przy planowanych dwunastu wydaniach daje sumę blisko 1,36 miliona złotych brutto, stanowiącą jedynie wstęp do właściwych kosztów operacji.
Drugim, znacznie bardziej kosztownym elementem tej układanki, jest przetarg na dystrybucję bezadresową, czyli dostarczenie egzemplarzy bezpośrednio do skrzynek pocztowych mieszkańców w zabudowie wielorodzinnej i jednorodzinnej. Analiza dokumentacji wykazuje, że miasto wyceniło tę usługę na poziomie ponad 1,1 miliona złotych, co całkowicie zmienia perspektywę finansową całego przedsięwzięcia. Sumując te dwie kwoty, otrzymujemy rachunek przekraczający 2,4 miliona złotych, co jest wartością o blisko milion wyższą niż pierwotnie podawane w mediach szacunki, a to wciąż nie koniec potencjalnych wydatków.
Mechanizm „zamówień podobnych” i spirala wydatków promocyjnych
Szczególną uwagę w dokumentacji przetargowej zwraca zapis umożliwiający urzędnikom zlecanie tak zwanych zamówień podobnych bez konieczności rozpisywania nowej procedury konkurencyjnej. Miasto zastrzegło sobie prawo do zwiększenia wartości zamówienia na dystrybucję nawet o 100 procent, co w praktyce oznacza możliwość wydania dodatkowych ponad pół miliona złotych netto na ten cel. Taka konstrukcja umowy daje magistratowi elastyczność, ale jednocześnie tworzy furtkę do niekontrolowanego wzrostu kosztów promocji w newralgicznym okresie politycznym.
Jeśli urzędnicy zdecydują się skorzystać z pełnego wachlarza dostępnych opcji, łączny koszt wydawania i kolportażu „Kraków.pl” może niebezpiecznie zbliżyć się do granicy 3 milionów złotych w skali zaledwie kilku miesięcy. Jest to scenariusz formalnie zgodny z prawem zamówień publicznych, jednak budzi uzasadnione pytania o gospodarność w zarządzaniu publicznym groszem. W sytuacji, gdy mieszkańcy borykają się z podwyżkami opłat lokalnych czy cen biletów komunikacji miejskiej, tak hojne finansowanie autopromocji władzy może zostać odebrane jako przejaw arogancji i braku wyczucia nastrojów społecznych.
Moralny wymiar wydatków w obliczu referendum i długów miasta
Dyskusja o kosztach gazetki nie może toczyć się w oderwaniu od kondycji finansowej Krakowa, który zmaga się z gigantycznym zadłużeniem i koniecznością obsługi kosztownych kredytów. Wydawanie milionów złotych na papierowe medium, w dobie cyfryzacji i powszechnego dostępu do informacji w Internecie, wydaje się być anachronizmem, na który miasta po prostu nie stać. Krytycy wskazują, że te środki mogłyby zostać przeznaczone na pilniejsze potrzeby, takie jak remonty infrastruktury, wsparcie edukacji czy poprawę jakości usług komunalnych, zamiast służyć budowaniu narracji politycznej obecnego prezydenta.
Szczególne kontrowersje budzi zbieżność terminów wydawania powiększonego nakładu gazetki z trwającą zbiórką podpisów pod referendum w sprawie odwołania Aleksandra Miszalskiego. Wykorzystywanie publicznych zasobów do walki o utrzymanie stanowiska, pod płaszczykiem misji informacyjnej, stawia pod znakiem zapytania standardy demokratyczne panujące w krakowskim magistracie. Mieszkańcy mają prawo oczekiwać, że ich podatki będą inwestowane w rozwój miasta, a nie w kosztowną akcję, która ma na celu przykrycie wpadek wizerunkowych i merytorycznych obecnej ekipy rządzącej.









































Napisz komentarz
Komentarze